9.9.2007 :: 21:46
Ma 19 lat
Ma 19 lat
I biegnie skrajem lata
I biegnie skrajem lata
Próbuje dogonić swój cień
Słoneczna gorączka
Słoneczne eksplozje
Komentuj (4) METEMPSYCHO 11.8.2007 :: 21:16
* update:
czasem tracę swój własny, wypracowany grunt pod nogami, czasem mocno na nim stoję.
czasem mam wrażenie, że problemy rozwiązują się tylko po to, aby przyszły następne. aby następnymi błahostkami zatkać sobie zdolność rozsądnego myślenia (szumna nazwa?). bo przekonałam się ze dwa razy, że nie ma takich problemów, które mogłyby poważnie zachwiać moim życiem. a to co wydawałoby się takim niebezpieczeństwem minęło.
coraz bardziej przerażam sama siebie w swojej bezradności emocjonalnej. ale wrodzona zdolność do spierdolenia wszystkiego co mi się trafia na drodze wcale mnie już nie przeraża ani nie dziwi.
cały czas lubię wrócić do swojego towarzystwa i obedrzeć się ze wszystkich ról, póz, form, w które ubiera mnie świt.
prawda jest taka, że rozszerzam krąg swojej nietykalności. coraz bardziej. boję się, że w końcu będzie on tak duży, że nikt nie zdoła się ze mną nawet porozumieć, a co dopiero pokonać go i zbliżyć się.
coraz bardziej podoba mi się świat z perspektywy obiektywu aparatu. i coraz częściej tak go spotrzegam.
i chociaż chciałabym masochistycznie wpaść teraz w nieco depresyjny, smutny nastrój to wiem, że nie mam powodu ku temu. że jednak lepiej cieszyć się z tego co mam, z tego co przychodzi mi mieć. chociażby z tego, że jest ciepły wieczór i że czuję jego zapach przez otwarte drzwi balkonowe. że robi się tu powoli ciemno, a ja siedzę na moim ulubionym miejscu na łóżku, oparta o ścianę, z laptopem na kolanach. z tego że słyszę jakąś tajemniczą cykadę z podbalkonowych krzaczków i że już od dawna zastanawiam się skąd taka egzotyczność na wrzeszczańskim podwórku:)
ostatnie tygodnie spędziłam w tra(n)sie.
warszawa- ciągle mnie zadziwia, co więcej wkurwia. raz jestem nią zachwycona i zatrzymuję jej uroki na kliszy aparatu, raz mnie przytłacza i gubi. to miasto zabija mnie i wciąga jednocześnie ( w dziwną grę między niewinnością a grzechem). zakochałam się w paru miejscach na pewno. zawsze też narzekałam na wiatr, bo nachalnie plącze się we włosach. był i tym razem, jednak jakby bardziej ze mną oswojony.
są momenty w których nagle więcej rzeczy układa się w głowie i na powrót znajduje swoje miejsce niż kiedykolwiek.
tak było jednego wieczora w warszawie. poukładałam sobie na nowo priorytety, przyznałam się pokornie do kilku błędów i zapowiedziałam lepsze jutro. może to był moment, w którym udało mi się uchwycić mojego boga, bo zdawało mi się, że ktoś mnie słuchał i przytakiwał;)
ale lubię odwiedzać i wracać do tego miasta, coraz bardziej.
woodstock- od początku do końca inny niż w zeszłym roku. mniej urokliwy, mniej zachwycający, mniej nierealny.
towarzystwo ludzi pijanych 24h/dobę osłabia mnie w chęci napicia się. w zeszłym roku czułam się tam cudownie wyzwolona i wolna. teraz czuję się tak po prostu, na codzień. "wolność ja kocham i rozumiem, wolności to ja oddać nie umiem !"
jestem trochę wariatką. parę nierozsądnych posunięć przybyło na długiej już liście takowych. nierozsądne, ryzykowne, niebezpieczne? a jednak, nie żałuję. jakaś dobra gwiazdka mi trochę przyświeca nad moim pustym łebkiem. coś ciągle wyciąga mnie z kłopotów, w które się pakuję. a ja obiecuję sobie bardziej przemyślane decyzje następnym razem i wciąż mi się to nieudaje.
podobno wszystko biorę na serio, a mimo wszystko jestem niemożliwie naiwna.
(bo, jak się dotknie w pewnym miejscu czaszki to można dotknąć sobie mózgu. taaa...)
7 dni dzieli mnie od paryża. 18.08, 11:30- place de la concorde.
Komentuj (5) 19.7.2007 :: 13:36
Marcin Świetlicki - Warszawa dla niepalących
Otóż Warszawa, piętnasta pięć, druga klasa,
sto procent, dla palących, lecz się okazuje,
że dla palących nie ma, więc dla niepalących
Warszawa. Druga klasa. Nic się już nie skończy,
bowiem wszystko, co się miało, już skończyło się.
I nie czternasta pięć, bo nie jeździ w soboty.
Godzina przeczekana w jamie dworca, fryzjer,
całkiem bez sensu kawa. Kryminał kupiony
za pięć złotych z pudełka, to wystarczy w sam raz
na dwie godziny drogi i czterdzieści minut.
W jedną stronę na pewno, zapewne z powrotem
jutro, do góry i w dół, coraz bardziej w dół,
nie ma już dla palących. Dyskomfort namolnie
rozpanoszony. I rozbebeszony świat.
A któregoż elementu tu brakuje?
Jest Bóg, jest, ale czegoś zabrakło wyraźnie.
Komentuj (6) 3.7.2007 :: 22:10
uśmiecham się.
i dziękuję.
unoszę się. powoli.
metr, kilomet, milę.
--------------------- mam bilet do paryża i zwiększony apetyt.
po drodze tupnę na woodstock, do warszawy i wrocławia może. www.
a na następny rok chcę wziąć na siebie dużo. bo znalazłam zapasowy magazynek energii.
Komentuj (3)